sobota, 18 maja 2013

Louis.

(w tym imaginie Lou ma 20 lat i josh to jego przyjaciel, a nie perkusista)

Dzisiaj jest ten dzień. Ten dzień, który każda nastolatka (w moim wypadku 19 latka) chciałaby zaliczyć do najwspanialszych dni na świecie. Bitch please mam was. Nie nie chodzi o ślub broń boże, dzisiaj spełni się moje marzenie, dokładnie za 30 minut wejdę na ogromny stadion, obejrzę koncert mojego ulubionego zespołu, a później się z nimi spotkam. The Script - zespół, który odmienił moje życie. Zespół, który sprawił, że codziennie się uśmiecham. To coś magicznego. Nie biorąc pod uwagę, że jest trochę zimno... No tak, godzina 19, koncert na otwartym terenie, a ja w szortach i koszulce z napisem Please, turn me on. (proszę podniecaj mnie) + włosy uczesane w niedbałego koczka, hah tak wiem, dziwne, ale fajne. Weszłam na stadion. ZA chwilę znalazłam swoje miejsce, przy scenie. 
Całe dwie godziny bawiłam się świetnie. Śpiewałam, wygłupiałam się,a co najważniejsze korzystałam z życia. Po zabawie zaczęłam kierować się do garderoby chłopaków. Szłam długim korytarzem, aż znalazłam właściwy pokój. Pokazałam ochroniarzowi bransoletkę, która upoważniała mnie do wejścia. Wzięłam kilka głębokich oddechów i powoli nacisnęłam klamkę. Weszłam do środka, a do moich oczu automatycznie podeszły łzy. Szybko je wytarłam i się przywitałam. Porobiliśmy sobie fotki, dostałam autografy, pogadaliśmy chwilę i miałam już iść. Chwyciłam za klamkę i w tym samym czasie ktoś chciał wejść do garderoby, zderzyliśmy się.
- przepraszam nie chciałem. - powiedział mega seksowny głos.
- to ja przepraszam. - powiedziałam powoli podnosząc głowę. Zobaczyłam śliczny uśmiech, boskie szaro - niebieskie oczy i włosy ułożone w nieład. Louis Tomlinson. Ideał chłopaka, którego nie mam. Uśmiechnęłam się i odeszłam. Odeszłam kilka kroków i obróciłam głowę w tył. Zobaczyłam chłopaka, który wchodził tam gdzie ja byłam wcześniej. Uśmiechnęłam się na samą myśl o tym co się dzisiaj działo. Zadowolona wróciłam do domu w doskonałym humorze. Wykąpana, przebrana i ogarnięta włączyłam laptopa. Weszłam na twittera. Zobaczyłam, że Lou coś napisał. Weszłam na jego profil i przeczytałam twitta 'dziewczyna o ślicznych oczach, wspaniałym uśmiechu i śmiesznej koszulce, czemu do ciebie nie zagadałem.?'
Uśmiechnęłam się do monitora, że mój idol znalazł w końcu swoją ukochaną. Wrzuciłam zdjęcia z koncertu i dodałam twitta 'wspaniały wieczór z wspaniałymi ludźmi + najwięksi idole w tym samym miejscu. czego chcieć więcej.? Meeega szczęśliwa.;D'
ZA chwile w moich interakcjach miałam maase twittów jaką to jestem szczęściarą. Kilka osób mnie follownęło. Przeczytałam jeszcze trochę wiadomości i wyłączyłam komputer. Z uśmiechem na ustach poszłam spać. 

~następny dzień, koło 12~
Ogarnięta, najedzona, wyspana i co najważniejsze w cudownym humorze wyszłam z domu z moim kochanym psiakiem - Devine. Nazwałam go tak bo tylko to mi do głowy wpadło. Wyszliśmy na spacer na pola. Odpięłam smycz i puściłam psa żeby się wybiegał. Dzisiaj było mało ludzi. Tylko jakiś dwóch chłopaków. Jeden z nich wyglądał znajomo, ale mniejsza o to. Zobaczyłam, że Devine coś znalazł bo zaczął kopać dół. 
- Devine.!! - krzyknęłam głośno bo pies był trochę dalej ode mnie.
- co jest.?! - odwrócił się jeden z tych chłopaków. Krzyknęłam jeszcze raz.
- co się dzieje.? czemu mnie wołasz..? - odezwał się głos za mną.
- coo.? - powiedziałam skołowana.
- noo krzyknęłaś moje nazwisko. - powiedział chłopak.
- yyy ale ja wołałam swojego psa... - powiedziałam zmieszana i zobaczyłam psa, który właśnie podbiegł.
- twój pies wabi się Devine.? - odezwał się. Wiedziałam, że go kojarzę. To Lou.
- tak, - okeej.. po pierwsze nie znam tego kolesia obok Lou i nie wiedziałam, że on ma tak na nazwisko. 
- czuję się zaszczycony, że tak go nazwałaś.
- ja przepraszam, nie znam cię, skąd miałam wiedzieć, że masz tak na nazwisko. przepraszam.
- daj spokój. nic się nie stało. - powiedział uśmiechnięty i zaczął bawić się z psem.
- znowu się widzimy, Ashley. - powiedział Lou... Zaraz zaraz skąd on zna moje imie.?
- yyyy nie pamiętam żebym mówiła ci jak się nazywam.
- po koncercie dowiedziałem się od chłopaków.
- aa spoko, ale ty mi się dalej nie przedstawiłeś.
- ja jestem Lou, a ten co za psem gania to Josh. - uścisnęliśmy sobie ręce i zaczęliśmy razem spacerować. JOsh musiał iść. Zostaliśmy sami + pies. Nawet nie wiedziałam kiedy był wieczór. Od godziny 13 jestem na dworze z psem i niedawno poznanym chłopakiem. Teraz jest koło 19. Rozmawialiśmy, śmieliśmy się, zachowywaliśmy się jak starzy przyjaciele. Na moim ciele pojawiła się gęsia skórka.
- zimno ci.? - zapytał przejęty Louis. Miałam tą samą koszulkę co wczoraj na krótki rękaw więc troche było zimno.
- niee. - powiedziałam kiwając głową. Nagle poczułam ciepło na ramionach.
- Lou weź bluze o będziesz chory.
- ty jesteś ważniejsza. 
-nie Lou, ty ją weź. - chłopak się spojrzał na mnie i zaśmiał.
- masz ją mieć bo się obraże.
- noo dobrze. - uśmiechnęliśmy się i poszliśmy w kierunku mojego domu. 

Teraz mamy po 25 lat i tworzymy szczęśliwą parę. Zaproponowanie spotkania pod pretekstem oddania bluzy opłaciło się. Od tamtej pory spotykaliśmy się tak często jak mogliśmy. Devine polubił Louisa, a Josh stał się moim najlepszym przyjacielem. Kto by pomyślał, że w takich okolicznościach rozpocznie się nowy rozdział w moim życiu pod tytułem Louis.


Wynagradzam Wam moją tak długą nieobecność. Przepraszam za jakiekolwiek błędy i proszę bardzo łądnie o komentarze. <33
Martu ;3

2 komentarze:

  1. Fajnie! Zapraszam na mojego nowego bloga: http://the-girl-with-flowers.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne!! *o* Kocham Cię! ;*

    OdpowiedzUsuń